akata.meow

jeszcze dobrze nie wiem, co tutaj robię.

meet Alfred.

1.

Ulica, którą właśnie idę, doskonale obrazuje chwiejność moich nastrojów. Czuję, jak wszystko we mnie wariuje, zmienia się z minuty na minutę i mam wrażenie, że za chwilę wybuchnę furią wielobarwnych piór, którymi mnie powypychano. Jestem jak to urodzinowe coś, podwieszone pod sufitem na amerykańskich parties, co trzeba rozwalić z zamkniętymi oczami, żeby dostać się do cukierków. Z tym, że jeśli mnie rozerwiesz, zamiast słodyczy, wyfrunie ze mnie multikolorowe pierze, którego nie przełkniesz. Ulica jest zakurzona tak, jak moje ubranie. Wiatr wieje i w dramatyczny, pełen chaotycznych obrotów taniec, wprawia oszołomione liście. Gama ich barw rozciąga się od wszelkich odcieni szarości, aż po kolor błota. Podobnie do nich zachowują się teraz moje włosy, kłują mnie w oczy i kleją się do ust. Ostre światło słoneczne wdziera się do moich źrenic. Wszystko zaczyna mnie drażnić. Kurczowo trzymam za brzeg płaszcza, zamykam oczy, żeby nie dostały się do nich wycelowane we mnie pociski ziaren piasku, co chwilę zerkam czy dobrze idę i gnam prosto przed siebie, do domu.

Daleko nie mam, więc za chwilę znajduję się już w mojej oazie. Zamieszkuję dość skromne i, co tu dużo mówić, zrujnowane mieszkanie niedaleko centrum miasta X. Bardzo mi się tu podoba, szczególnie wiosną, kiedy z kamienic wyłania się roszada właścicieli psów, chowanych w betonowych warunkach. Regularne, cowtorkowe wywózki śmieci, sąsiad z naprzeciwka, który woła kota imieniem Szatan – okoliczna codzienność. Uważam to za mające swój urok. Nic mi nie przeszkadza. Lubię hałas za oknem. Cisza mnie koi, ale przeraża, dlatego nie mieszkam sam. Jest tutaj, oprócz mnie, kilka osób, z którymi nie mam właściwie żadnego kontaktu. Nawet rzadko zdarza mi się minąć kogoś w kuchni lub korytarzu, choć wcale nie prowadzę trybu życia nietoperza. Może oni prowadzą. W każdym razie, wystarcza mi to, że od czasu do czasu słyszę, że są, świadomość, że ktoś, poza mną, korzysta z tej małej, ciemnej kuchni. Moje miejsce na świecie składa się z czterech ścian koloru burego i kilku przedmiotów między nie wrzuconych. Łóżko, stolik, nic szczególnego. Nie chciało mi się zadbać o estetykę tego i tak marnego wnętrza. Zresztą, jestem tu od niedawna. Trochę się uspokoiłem, odetchnąłem kilka razy, schowałem twarz w dłoniach, zaskowytałem cicho, potem skuliłem się na zmiętolonej kołdrze i zasnąłem niemalże w tej samej chwili, w której zmrużyłem oczy.

tattoos of ships and tattoos of tears.

pimps and queens and criminal queers, tattoos of ships and tattoos of tears.

 

soundcloud

nagrałam piosenkę. <- klik!

 

10358266_736059626455022_975150763_n

d0958106ed7211e28b3822000a9f15fd_7

Obrazek

mirrors

Granatowy wieczór trwał, ciemna linia horyzontu rysowała się przed nimi i oddalała na tyle samo kroków, ile stawiali w jej kierunku. Szli przed siebie we dwoje, ubrani w jesienne płaszcze, obwiązani chustami i szalami. Było sucho i ciepło, wiatr otulał ich twarze i delikatnie mierzwił włosy, tej samej długości u obojga. Złapali się za ręce i szli dalej. Milcząc. Mogli mówić dużo, więcej, niż mieli na to czasu, ale mimo to, żadne z nich nie wydobyło z siebie ani słowa. Może nie było o czym mówić, może szkoda było się odzywać, skoro potrafili odczytywać nawzajem swoje myśli. Znali się na wylot, od A do Ż. Od samego początku do samego końca, który całkowicie określała chwila obecna. Za moment mieli się pożegnać, ale niczego to nie zmieniło. Słychać było tylko cichy szelest suchych liści, niewyraźny stukot butów, czasem głuche szurnięcie, czasem głębsze oddechy, szybki krok przechodnia, szum samochodu. Każdy dźwięk rozkosznie przeszywał niemą ciszę, która była tak miłą dla ucha. Czas idealny. To ten czas, kiedy wiesz, że wszystko jest dobrze, teraz jesteś tu, ale masz dokąd wracać. Jeszcze się zobaczymy. Skrzyżowanie. Stanęli. Zbliżyli do siebie identyczne twarze, rozerwali uścisk takich samych dłoni, chwycili się za te same policzki. Pocałunek lustrzanych odbić. Potem każde poszło w swoją stronę, w tę samą stronę, po której różniły ich tylko kierunki.

za oknem wiosna, w sercu lód.

ok, mam bloga.
czasem wykrztuszę tu z siebie słów kilka, pochwalę się fotomontażami z Panita albo wrzucę ulubioną piosenkę. mam na imię Agata i nie chce mi się czytać młodopolskich manifestów; właśnie dlatego się tu znalazłam. do następnego.

za oknem wiosna, w sercu lód.